Styczeń 17, 2013
Drukuj

Już prawie 70 proc. wszystkich zasobów nasiennych jest w rękach TYLKO 10 (!) korporacji

Edyta Jaroszewska-Nowak

Zmiany na polskiej wsi każdy widzi, ale każdy postrzega te zmiany inaczej. Prezydent, który ogląda wieś z okna samolotu lecąc na Dożynki, widzi piękne, wyremontowane budynki i bogacących się gospodarzy.

Przeciętny Kowalski buduje swój obraz wsi na podstawie tego, co zobaczy i usłyszy w telewizji. Przekazy medialne wywołują u niego niechęć do rolnika, który w jego oczach ma mnóstwo przywilejów, a utrudnia innym życie protestując i blokując ulice.

Zupełnie inną wieś widzą ludzie, którzy z różnych względów szukają smaków naturalnej żywności zapamiętanych z dzieciństwa, i które, jak im się wydaje, znajdą na wsi.
NIESTETY próżno już szukać tego, co kiedyś było powszechnie dostępne u gospodyni w gospodarstwie rolnym. Obecnie ona też po żywność udaje się do Biedronki.

System dopłat wprowadzony jako dobrodziejstwo Unii Europejskiej spowodował, że bardziej opłacalne jest posiadanie ziemi, a nie wytwarzanie żywności. Wymierające pokolenie rolników – producentów jest wciąż zaskakiwane nowymi obostrzeniami produkcji narzucanymi przez błyskawicznie zmieniające się ustawy i rozporządzenia. Większość z nich, nie potrafiąc dostosować się do nowej rzeczywistości, stopniowo zawęża produkcję.

Pozostali próbują nadążyć za wzrastającymi wymaganiami: modernizują, ulepszają, unowocześniają przy okazji zadłużając się w bankach, które często przejmują majątki tych, którym się nie udało…

Współczesne rolnictwo według EU, to rolnictwo bez rolnika. Cały łańcuch żywnościowy jest przejmowany przez kilka ponadnarodowych korporacji, które kontrolują wszystkie etapy produkcji żywności. Pierwszy etap to produkcja nasienna.

Już prawie 70% wszystkich zasobów nasiennych jest w rękach TYLKO 10 (!) korporacji.

Zaś wyprzedaż polskich centrali nasiennych wraz z całym dorobkiem spowodowała wyparcie rodzimych odmian z rynku na rzecz odmian, które nie dostosowane do naszych warunków klimatyczno-glebowych powodują fiasko produkcji. Ostatnim przykładem tego są tegoroczne wymarznięcia zbóż ozimych rzekomo o największej mrozoodporności.

W przypadku odmian prawnie chronionych, rolnikowi nie wolno użyć powtórnie materiału siewnego bez uiszczenia opłat licencyjnych. Nie wolno wymienić się nasionami z innym rolnikiem. Coraz trudniej kupić nasiona odmian ustalonych genetycznie; większość nasion warzyw to nasiona F1, których wysiew powtórny jest zabroniony. Utrata możliwości zachowania części zbiorów na powtórny wysiew to trwałe uzależnienie produkcji od korporacji mających prawa własności i mogących dowolnie regulować wysokość opłat licencyjnych.

W przypadku dopuszczenia do użycia nasion genetycznie zmodyfikowanych (GMO) dojdą jeszcze kary i procesy sądowe wobec rolników, którzy nie kupując nasion GMO będą mieli na swoich polach przypadkowe zanieczyszczenie np. poprzez przeniesienie pyłków GMO z innych pól.

Nowe odmiany roślin produkowane przez korporacje wymagają pełnej ochrony chemicznej i wspomagania nawozami syntetycznymi. Ta gałąź produkcji też jest kontrolowana przez korporacje; one dostarczą każdego środka chemicznego za dowolnie ustaloną przez siebie cenę. Produkcja odmian GMO jest ściśle związana z określonymi substancjami chemicznymi, które są produkowane przez firmy, będące jednocześnie właścicielami GMO.

Kolejny etap, czyli produkcja pasz jest już w rękach kilku monopolistów. Nie są oni zainteresowani zakupem komponentów od naszych rolników, lecz mają podpisane kontrakty na dostawy śruty sojowej genetycznie zmodyfikowanej z Ameryki Południowej. Dostawy śruty GMO w wysokości 2 milionów ton rocznie kosztują około 3-4 miliardów złotych, które zamiast do polskich rolników trafiają do amerykańskich sojeros. Są to przedsiębiorcy, powiązani z korporacjami, przejmujący ziemię podstępem lub siłą od drobnych rolników w Ameryce Południowej, aby uprawiać na niej soję GMO. Ten proceder skutkuje drastycznym powiększaniem się ubóstwa tamtejszej społeczności wiejskiej i degradacją środowiska naturalnego. Przez uprawy soi na potrzeby europejskiej hodowli zwierząt wycięto olbrzymie połacie puszczy tropikalnej, a żywność w krajach Ameryki Południowej zdrożała nawet o 100 %.

W Polsce pomimo ustawy o paszach zabraniającej stosowania komponentów GMO, przemysł paszowy nie szuka możliwości zastąpienia soi GMO innymi surowcami. Jako silny lobbysta naciska tylko na polityków, aby zmienić ustawę o paszach i znieść wspomniany zakaz strasząc jednocześnie konsumentów drastycznymi podwyżkami cen żywności. Szkoda tylko, że nie nagłaśnia się faktu, że to śruta sojowa GMO podrożała w ciągu ostatniego roku o 100%, a tegoroczna susza w Ameryce może spowodować dalsze podwyżki cen soi i kukurydzy i tym samym kolejne wzrosty cen pasz i żywności. A więc Polacy mogą mieć uzasadnione obawy OGROMNYCH PODWYŻEK ŻYWNOŚCI inicjowanych dowolnie przez obecnych na naszym rynku monopolistycznych dystrybutorów pasz powiązanych ze światowymi koncernami biotechnologicznymi. Poprzez niewłaściwą prywatyzację sektora zaopatrzenia i produkcji pasz organy państwa całkowicie pozbawiły się kontroli nad prawidłowością jego działania, a w konsekwencji nad bezpieczeństwem żywnościowym narodu!

Kontrola korporacyjna nad produkcją żywności rozciąga się też na hodowlę zwierząt i przetwórstwo. Przemysłowe fermy tuczu działające poza wszelką kontrolą, czego drastyczne przykłady można zobaczyć na filmie „Świński biznes”, produkują surowiec do masarni, w której z 1kg mięsa przy użyciu dodatków chemicznych i soi GMO powstaje wielokrotność gotowego wyrobu.

Małe, przyzagrodowe przetwórstwo żywności teoretycznie możliwe według naszego prawa, nie ma szans na rozwój przy istniejących obostrzeniach sanitarnych możliwych do spełnienia tylko przez wielkich przedsiębiorców dysponujących dużym kapitałem.

Podkreślić należy, że większość tych przepisów nie ma nic wspólnego z troską o nasze zdrowie czy stan środowiska naturalnego. Zostały stworzone aby pozbyć się konkurencji ponad miliona małych gospodarstw, które mogą wyprodukować dużą ilość dobrej jakości żywności.

Ostatnim (a może pierwszym?) gwoździem do trumny dla polskiego rolnictwa jest wyprzedaż zakładów przetwórstwa żywności i ziemi. Już w czasie przygotowań do wejścia do Unii Europejskiej pozamykano, pod pretekstem nie spełniania wymogów, około 60% małych, lokalnych przetwórni. Pozbawiono w ten sposób rolników możliwości sprzedaży swoich produktów, a konsumentów dobrej lokalnej żywności. Teraz ostatnimi siłami rolnicy bronią Młynów w Stoisławiu i ziem rolnych w zachodniopomorskim, które przechodzą w ręce obcego kapitału.

Rolnicy zawsze byli niezależną grupą społeczną, to dzięki nim istniał ruch oporu podczas wojen, zaborów i powstań. To ich poświęcenie i miłość do ziemi powoduje, że Polska to rolniczy kraj mogący mieć niezależność żywnościową. Niestety obecnie rzeczywistość została tak zakłamana, że rolnicy nie dostrzegają największego zagrożenia, które może znów skazać ich na rolę chłopów pańszczyźnianych. Nie widzą, że pod płaszczykiem ułatwień i pomocy w osiąganiu zysków kryje się zachłanna machina korporacyjna, która nie spocznie dopóki nie osiągnie swojego celu. A celem jest totalna kontrola światowej produkcji żywności, bo kto kontroluje żywność ten kontroluje ludzkość.

Czy jesteśmy już na przegranej pozycji? NIE, jeśli zdołamy dostrzec niebezpieczeństwo, przejrzeć korporacyjne plany i w porę powiedzieć DOŚĆ. Potrzebne jest do tego zjednoczenie się zwykłych ludzi; konsumentów i rolników. Więź, która zawsze istniała między mieszkańcami miast i wsi musi zostać wznowiona. Jeśli zdołamy zrozumieć, że byt jednych jest zależny od drugich, możemy wszyscy lepiej żyć. Konsumenci w miastach mogą mieć znów dobrą, naturalną żywność, a rolnicy dostawać godziwą zapłatę za swoją pracę. Powstające kooperatywy spożywcze są pierwszym sygnałem, że mieszkańcy miast zaczynają rozumieć, że po bezpieczną żywność muszą udać się do rolnika, a nie do supermarketu. Z kolei rolnicy powinni znów zacząć wytwarzać żywność, tak aby szukający prawdziwego jedzenia konsumenci mieli możliwość go znaleźć na polskiej wsi.

Edyta Jaroszewska-Nowak