Październik 30, 2014
Drukuj

SMS: Leszek Miller we wsi! Idzie do was! Buziaki. Halinka

Nietypowy komentarz
Opowiadania chłopskie o zabarwieniu politycznym.

Nazwiska, stanowiska i głosy polityczne prawdziwe,
a u pani Marysi i pana Stefana, jak u Matysiaków… 

Telefon nerwowo zawibrował… „Masz SMS!”. Marysia pośpiesznie wytarła ręce. Podsunęła pod nos smartfona: „Leszek Miller we wsi! Idzie do was! Buziaki. Halinka”…

MARYSIA CHOWAJ PROSIAKI-strona001– Stefan! Leszek Miller idzie!!! – krzyknęła i wyjrzała nerwowo przez okno.

W oddali na wysokości chałupy Wiśniewskich pewnym krokiem w kierunku ich gospodarstwa zbliżał się Leszek Miller. Rozmową zabawiała go grupa lokalnych działaczy SLD.

Odwróciła się gwałtownie od okna. Rozbieganym wzrokiem zaczęła szukać miejsca… Złapała za skrzynkę z kolejną partią nielegalnych słoików „poselskich”. Wcisnęła pod stół. Poprawiła obrus. Zamówienie od posłów z  Komisji Polityki Senioralnej. Było gotowe, jeszcze tylko ogóreczki w zalewie… Pociąg do Warszawy o 13.00. Jeszcze tylko wazonik z kwiatami i już.

– Marysia! – Stefan oderwał się do Facebooka – a na którym kanale Miller idzie?!

Od kiedy Stefan kupił laptopa, każdą wolną chwilę spędzał w Sieci. Złapał za pilota i czekał na efekt wpatrując się w czerwoną lampkę w prawym dolnym rogu odbiornika.

– Do nas idzie Stefan! Do nas! Załóż nowe spodnie i zielony sweter! Są w szafie! – głos Marysi był jasny i wyraźny. Alert. Poziom trzeci. Żartów nie ma. Poprawiając koszule nie wytrzymał!…

– Marysia!!! Chowaj prosiaki! Partie idą!!!

– Toż to ja ich tak szybko nie uchowam! – odpowiedziała Marysia poprawiając fryzurę przed lustrem w korytarzu. – Te wybory to za często są Stefan!

Minuta i otworzyła drzwi. Przywitała premiera w ganku. Lub, jak to woli, na ganku.

– Dzień dobry pani Marysiu! – uśmiech Leszka Millera był rozbrajający. Tak jak jego słynne riposty. Mistrz! Taki niby grzeczny, a czort z oczu wychodził. Kobieta wyczuje. Marysia promieniała. Różnica w poglądach politycznych w takiej chwili nie miała znaczenia… Do czasu, aż usłyszała ciężkie kroki zbliżającego się Stefana.

– Panie Premierze! Mój mąż Stefan – przedstawiła gospodarza.

Stefan obejrzał gości. Przywitał się i wskazał ręką pokój na końcu korytarza.

– Premiera, czy to zielonego czy czerwonego, nie wypada trzymać na korytarzu. Marysiu nastaw nam wody na kawę. – dodał.

Postawa Stefana wywołała zmieszanie u części świty. Co prawda spodziewali się czegoś gorszego. Miller się jednak uparł. Chciał poznać opinię. Stefan znany był z tego, że nie przebierał w środkach. Oprócz roli uprawiał trudną sztukę rolniczego protestu.

– PSL nazywa was „frajerami” panie Stefanie. Chcę odwołać Sawickiego – zaczął prosto z mostu premier. – Niestety nie mamy tylu członków klubu, żeby zrobić to samodzielnie. Potrzebuję pańskiego wsparcia panie Stefanie. Pańskiej opinii. Fakt medialny już mam.

Tym czasem. Wieść o wizycie Leszka Millera rozeszła się błyskawicznie. Chłopi od Piechocińskiego skontaktowali się z centralą. Podobnie zwolennicy PiS-u. Czekali na instrukcje…

– Nie może być tak, że państwo polskie wyrusza na wojnę handlową z Rosją, wiedząc, że Rosja również zastosuje sankcje, a ofiary tej wojny zostają same, zostają bez żadnej pomocy, bez żadnego zainteresowania – kontynuuje Miller.

Stefan słucha. Marysia zaś nasłuchując szykuje kawę i placek w kuchni. Siedmiu gości. Trzech na kanapie. Dwóch na fotelach. Dwóch na dostawionych krzesłach. Pufy wywalili. Zawadzały jak się chciało dostać do kredensu.

– Mam na myśli nieprzygotowanie osłon, które byłyby rekompensatą dla tych rolników, którzy utracili swoje możliwości eksportowe do Rosji, sytuację z opłatami za kwoty mleczne – cały ciąg spraw, które powinny być realizowane, a nie są! – wyliczał premier.

Stefan wysłuchał z cierpliwością. Nastał czas słodzenia herbaty. Czas komplementowania gospodyni.

– Pani Marysia, to znana jest na Wiejskiej w Warszawie! Posłowie mówią, że najlepsze konfitury robi, a dżem poselski… Marzenie! Tylko dlaczego pani Marysia omija nasz klub? W SLD też są chłopy! – pyta siedzący na kanapie dżentelmen w lśniącym garniturze.

- Nie wyrabiam drogi panie. Po prostu nie wyrabiam. – z życzliwym spojrzeniem odpowiedziała pani Marysia. Po czym z rozbrajającą szczerością dodała. – Zdecydowaną większość „na pniu” zabiera dziś PiS. Nawet dla PSL-u nie zawsze wystarczy…

– Dla PSL-u pani Marysiu! Pani wybitnie smaczne konfitury?! Toż to oni wieś sprzedają! Rolnika gnębią! – kontynuuje drugi, siedzący na dostawionym krześle, po prawej stronie premiera. Po czym badającym wzrokiem zerka w kierunku Millera. Z zapytaniem w oczach, czy było dobrze?

Pani Marysia uśmiechnęła się. Przypomniała sobie słowa Jarosława Kalinowskiego: „Rolnicy potrafią odróżnić ziarno od plew oraz rozpoznać fałszywych przyjaciół i obrońców wsi”. Przez myśl przeleciał jej obraz klęczącego Piechocińskiego. Wzdrygnęła się. Ten Janusz, to chyba odleciał? Pomyślała. Misję taką, dla nas prostych, niezrozumiałą ma…

– Pani Marysiu. Pani usiądzie z nami. – poprosił Leszek Miller. Można było odnieść wrażenie, że zaproszenie trochę jakby o charakterze koalicyjnym.

– Panie Stefanie, czy jest nam pan w stanie wybaczyć 2002 rok? – zapytał prosto z mostu premier. Dyskusja weszła na właściwe tory. Czas kurtuazji minął.

Stefan wrócił do wspomnień. Stał w pierwszym rzędzie chłopów. Na wprost pluton z bronią gładkolufową, za nim wozy bojowe. Protest, a w rządzie gość z jego fotela. Siedzi obok. Ostrym wzrokiem spojrzał na Millera.

– Wybaczać, to po chrześcijańsku. Zapomnieć nigdy. To, jakby wyrzec się własnej tożsamości. Za pańskich rządów strzelano do rolników, jak do kaczek. Musi pan o tym pamiętać. – mówił – Ludowcy mówią, że słowa Sawickiego nie były skierowane przeciwko rolnikom, tylko nieuczciwym przedsiębiorcom. Próbują ci biznesmeni żerować na nieszczęściu rolników. Tylko, że PSL szanuje biznesmenów, nie frajerów… I tak w końcu sami stali się biznesmenami. Chłopa to się panie Miller na pieniądze nie przeliczy. Na głosy, to może i tak… Choć i za kilka lat ten przywilej też chłop straci. Partii chłopskiej też już nie mamy. Jest tylko Polskie Stronnictwo Agencyjno-Samorządowe. Chłop w PSL-u to się musi przetworzyć na biznesmena, dzieci do pracy w agencjach posłać, albo po prostu jest frajerem panie Miller. Za Europą i rozwojem nie nadąża. No może też do samorządu pójść. Elektorat stały. Wiejskie myślenie… Nie jednemu euro mózg dziś wypaliło…

Stefan spojrzał na Marysię. Wpatrywała się zamyślona w placek stojący na ławie. Stefan prawdę rzecze. Myślała. Taką gospodarską. Na swoim. Chciałby, żeby choć polityka przewidywalna była. Zmienna pogoda rolnikowi już sama w sobie wystarczy.

Zwierzęta w oborze coraz głośniej przypominały o codziennych obowiązkach. Znak do zakończenia politycznego gadania.

Goście wyczuli, że pole dla koalicji może i jest, ale droga daleka. Czas politycznie taki, że SLD i PiS zgodne są, że PSL nie robi nic dla polskiej wsi, a Sawicki pokazał, co rząd myśli o rolnikach.

- To może jeszcze po kawałeczku placka? Panie premierze, ze śliwkami. Bardzo proszę! – próbowała ratować sytuację pani Marysia.

- Nie dziękujemy. Pójdziemy już. – powiedział premier, co było jednocześnie wyraźnym sygnałem dla jego świty. Czas dopić herbatę.

- No to może, zabiorę się z panami do Warszawy? Obiecałam prezesowi Kaczyńskiemu piętnaście słoików sałatki z ogórków. – zapytała Marysia.

We wsi zastanawiano się po co Leszek Miller odwiedził Stefana? O czym prawili? Z jakiej listy w kolejnych wyborach wystartuje Marysia? Wielu widziało, jak wsiada do limuzyny z samym Millerem. Ktoś do bagażnika pakował jej słynne poselskie konfitury. W końcu, czy premierowi zasmakował słynny placek śliwkowy Marysi?

Stefan wrócił do swoich obowiązków. Nakarmił świnie. Zabrał się za naprawę ciągnika. Wymieniając olej, co jakiś czas spoglądał na związkową szturmówkę. Zwinięta. Na parapecie. Gotowa na sygnał. Z namysłu wyrwał go dzwonek telefonu…

- Stefan! Mówią, że Miller gadał z tobą? – usłyszał…

Cdn.